Podwójne życie M.

Kiedy dowiedziałam się, że będę miała bliźniaki – ziemia stanęła w miejscu. Nigdy nie wiedziałam, jak to jest dostać obuchem w łeb. W tym momencie już tak. Szok i niedowierzanie.

Pytania „jak to będzie? Czy sobie poradzę?” kotłowały mi się w głowie przez całe osiem i pół miesiąca, ponieważ po tym czasie stwierdziłam: no, moi drodzy, słuchać mi tu mamy, wychodzicie!

Wyszli. Ziemia już nie stała w miejscu. Zaczęła wirować. Ogarnęła ją totalna rewolucja, która trwa do dziś.

Ojeeeeeeeeej, jak słodko, ma Pani bliźniaki! Podwójne szczęście! Tyle radości! Podwójne gratulacje! Zawsze chciałam mieć bliźniaki! – tak, to słyszałam cały czas, gdy tylko przekroczyłam próg domu. Natomiast zanim przekroczyłam ten próg.. no to proszę Was, istny czelendż.

Doba z bliźniakami nie różni się w zasadzie niczym od pracy na linii produkcyjnej, z tą różnicą, że nie masz przerw na jedzenie, picie, siku czy coś tam jeszcze, na co Twój organizm ma aktualnie ochotę wykonać. W zasadzie „mam ochotę na..” przestaje występować w Twoim słowniku. Natomiast nadmiernie występuje zdanie „mama już idzie”, „mama już robi”, „nie rzygaj na brata”, „nie liż tego”, „przecież się nie rozdwoję” „1..2…3…zen..zen..k!…zen”.

Zawsze marzyłam o tym, żeby zorganizować sobie czas tak od-do. Żeby wykorzystać każdą minutę do cna. Odkąd urodziłam bliźniaki, miałam wreszcie uporządkowany dzień. Taki wiesz, zorganizowany! Zero zaskoczenia. Stała trasa relacji kuchnia – łóżeczko, łóżeczko – kuchnia, salon – łóżeczko, łóżeczko – salon i tak dalej. Ja już nawet wiem, gdzie podłoga trzeszczy, tak ją wyrobiłam. Zrobiłam więcej kilometrów niż Robert Korzeniowski i to w czterech ścianach – mistrz! I to nie chodząc tylko ..za..ten tego..jąc 😊 Od jednego do drugiego. Bolt byłby ze mnie dumny! A co! Jestem gotowa na igrzyska!

Igrzyska to ja miałam na co dzień. Zamiast podwójnego medalu miałam podwójne kolki. Ale wiecie, takie z przytupem. Zaczynały się o 15.00 a kończyły o..nie, one się nie kończyły. Okłady, okładziki, suszarki, kropelki, bujanie. Jeden przestawał to drugi zaczynał. Jak ten drugi przestawał to pierwszy zaczynał. Ryk wymieszany z rykiem. Oboje chcą jednocześnie na moje ręce. Miałam taki mały niewinny postulat: dobry Boże, jak już dajesz mi bliźniaki, daj mi też dodatkową parę rąk i ogłusz mnie by moja cierpliwość nie doznała obrażeń. A ja tylko czułam jak na mnie patrzy, kręci głową i mówi: jeszcze nie wiesz, że dasz radę. Co prawda, swoim wyglądem zdemolowałam badania kliniczne, że 99,99% kobiet uzyskało znakomite efekty w ukryciu swoich worków pod oczami. Owszem, może worki kryją, ale z worami już sobie nie radzą. Co prawda, mogłabym zagrać zombie bez charakteryzacji, w wyniku totalnego niewyspania. Co prawda, przez 3 miesiące nie wiedziałam kiedy zaczyna się dzień, a kiedy noc. Ale kurczę, miał rację, dałam radę. Brawo ja.

Karmienie to była akurat bułka z masłem, jak w zegarku. Ja to z tych „wyrodnych” co to sztucznym karmiła. Równo co 3 godziny, w pełnej gotowości czekałam z butelką, a moje dzieci na zegarku znały się już w drugim tygodniu życia. Takie zdolne 😊 Wiecie jak kończy się bycie dziećmi rodziców pracujących metodą projektu? Harmonogramem karmień. W kuchni wisiała kartka z wykazem karmień z datą, godziną i ilością wypitego mleka z podziałem na bliźniaki. Może i się śmiejesz, ale weź tu się pomyl w nocy i nakarm podwójnie tego samego.. to masz przesrane i to dosłownie. Wszystko.

Spacer, dwa razy dziennie, koniecznie. To taki moment w ciągu doby, w którym możesz nic nie robić, wyłączasz mózg i .. pchasz. Pchasz i pchasz i modlisz się by te chmury, które z uporem idą w Twoją stronę się rozeszły, bo Ty chcesz pchać, jak najdłużej. Tak, chcę zostać pchaczem! Bo spacer to ich sen, a sen to cisza. No chyba, że ktoś akurat zapiszczy nad wózkiem: „oooooooo jakie słodziaste bobasy! Ooooo chyba obudziłam, to już nie przeszkadzam, do widzenia!” Wiele ścian poobijanych moją głową, oj wiele.

Szykowanie do spaceru to misja rodem z NASA. Jak ciepło to luz, bodziak, spodnie, kurtka, kocyk i jedziesz. Ale zima.. w życiu „przed dziećmi” żyłam w świecie heheszków, wiecie..zdjęcie ubranego w 2 warstwy ciuchów, kombinezon, czapkę, szalik bobasa i zdanie „no, teraz mogę spokojnie zrobić kupę”.. Ludzie ja myślałam, że to tylko mem. Boże, jestem memem. Podwójnym. Przekonywałam się o tym średnio 5 razy w tygodniu..razy dwa oczywiście. Ubieranie na czas (zanim dziecko zaleje się potem i zdąży wpaść w niepohamowaną histerię) opanowałam do perfekcji.

Choroby.. oczywiście podwójne, naraz. Pani z apteki macha do mnie ręką już z kilometra, pediatra ma mnie wpisaną w telefon „Stały klient”, w szpitalu kartoteki pozakładane. Są choróbki, choróbeczki, a u nas zawsze z przytupem. Mają rozmach, nie ma co. Posiadłam taką wiedzę o leczeniu, lekach, infekcjach, zakażeniach, że mogłabym spokojnie zdobyć papiery medyczne. Póki co, grożą mi tylko „żółte” 😉

Odkąd urodziłam bliźniaki, moje życie jest intensywne, pełne mocnych przeżyć, zwrotów akcji. Ja wiem, że brzmi to bardzo zachęcająco, niczym obrazki z malowniczej Tajlandii w katalogach z biur podróży. Ale ta moja „Tajlandia” to nie tylko rajskie plaże, tylko też miejsca, gdzie nikt nie zagląda. Tylko ja. I nie mówię tu o pieluchach 😊 Mówię o emocjach, które targają multimacierzyństwo. Można sobie mówić, że da się radę, że bliźniaki to tylko „o jedno więcej” do opieki, że czym tu być zmęczonym, przecież to tylko dzieci.. ale to nieprawda. Ktoś mi kiedyś zarzucił, że czuję się „lepsza” bo jestem mamą bliźniaków. To nie jest kwestia bycia „lepszym” tylko innym, niestety najczęściej nierozumianym. Zrozumienie przychodzi z ust podobnych doświadczeniem, matek. W zeszłym roku, na spacerze, na którym byłam z moimi rozbrykanymi dwulatkami, kiedy każdy ciągnął w swoją stronę, a ja próbowałam ogarnąć ten cyrk na kółkach; mijała mnie kobieta, też z bliźniakami, lat 6. Podeszła do mnie, uściskała mnie i powiedziała: wiem, że jesteś cholernie zmęczona ale to minie..i ja jej wierzę 😊

Może i jestem zmęczona, mam rozdwojoną jaźń przy tych dwóch różnych osobowościach; może i czuje momentami, że mnie coś w tym multimacierzyństwie przerasta, ale każdego dnia utwierdzam się w tym, że nie mogło być inaczej. Jesteśmy dla siebie stworzeni, po prostu 😊

 

Reklamy

8 myśli na temat “Podwójne życie M.

  1. Bardzo fajny tekst. Ja mam młodsze od siebie o 7 lat siostry bliźniaczki 🙂 Na początku była masakra :p Teraz jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami.

    1. Bo to spora różnica wieku jest, a przy okazji miałaś okazję widzieć czasem niełatwy proces wychowawczy 🙂 Fajnie, że znalazłyście wspólny język, są bliźniaki, które niezbyt chętnie wpuszczają do swojego bliźniaczego świata innych 🙂

  2. Wszystko mi przypomniałaś!
    Zmęczenie, zmielenie, psychodrama z synchronicznych chorób i z chronicznego niespania.
    A teraz mają prawie 7 lat i ja kawałek po kawałku buduję twierdzę. Fundamenty już są!
    Dużo radości! Na przyjemności też przyjdzie pora;)

  3. No nieźle! Podziwiam – osobiście nie wyobrażam sobie siebie w takiej sytuacji. Osiem rąk to chyba musiałoby być minimum, żebym mogła ogarnąć… Super, że potrafisz to opisać z takim humorem i dystansem. Pozdrawiam ciepło i dużo sił oraz cierpliwości życzę (choć tej pewnie Ci nie brakuje)! 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s